|
Stanisław Lem zmarł w wieku 85 lat w Krakowie. Odszedł jeden z najpopularniejszych i najbardziej cenionych światowych pisarzy, autor książek science-fiction.
Pisarz urodził się w 1921 r. we Lwowie. Debiutował nowelą Człowiek z Marsa (w 1946 roku). Pięć lat później wydana została jego pierwsza powieść fantastyczno-naukowa zatytułowana Astronauci. Jego kolejne książki: Powrót z gwiazd, Solaris, Opowieści o pilocie Pirxie, Dzienniki Gwiazdowe, Cyberiada, weszły do światowego kanonu najsłynniejszych dzieł science-fiction XX wieku.
Przed końcem życia parał sie felietonami w "Tygodniku Powszechnym". Łączny nakład jego książek, tłumaczonych na 41 języków, przekroczył 27 mln egz.
Stanisław Lem po 11 latach pisania tekstów publicystycznych powrócił do beletrystyki. Klasyk SF napisał opowiadanie zatytułowane Kliknij. Wkrótce ukaże się ono na łamach "Spiegla" (stan z czerwca 2000). Pisarz nie ukrywa, że skusiło go poważne honorarium zaproponowane przez niemieckie czasopismo:
"Spiegel" płaci bardzo dobrze - 5 tysięcy dolarów - mówi Lem - Opowiadanie jest inne od wszystkich dotychczasowych moich opowiadań. Tłumaczka już przesłała to z Monachium do Hamburga i to się niedługo ukaże w druku. Ale najpierw będzie po niemiecku. A w kraju... No w końcu wydałem zdaje się: Lube czasy, Sex Wars i ostatnio Okamgnienie, takich książek niebeletrystycznych opublikowałem trochę, a opowiadań napisałem coś z trzy albo cztery w ciągu ostatnich lat, ale bez entuzjazmu.
Minimal Bros: Bez pańskiego entuzjazmu?
Stanisław Lem: Bo co za dużo, to niezdrowo. Trzeba po prostu z pomiarkowaniem trochę... Byłem właśnie w księgarni na Karmelickiej i zobaczyłem, że rozmaici autorzy jak Sapkowski, Ziemkiewicz itd. piszą olbrzymie ilości rozmaitych utworów. Byłoby rzeczą niesmaczną, gdybym ja do tego oceanu dolewał moją szklaneczkę wody. To nic nie zmieni. Ja dostałem wczoraj rozliczenia - 7 milionów 140 tysięcy wydań łącznych w Niemczech, trochę więcej w Rosji, mniej w Ameryce.. No co ja mam - góry z książek usypać? Nie trzeba przesadzać.
Minimal Bros: Obecnie toniemy w powodzi informacji. Czy porządkuje Pan źródła, żeby nie zagubić się w bałaganie?
Stanisław Lem: No muszę, oczywiście. Ja prenumeruję "International Herald Tribune", to jest amerykańskie pismo, które jest w pewnym sensie zbiorcze. Tam są głosy z "Washington Post", z "New York Timesa" itd. Czasem coś z prasy niemieckiej, rzadziej z francuskiej, ponieważ we Francji panuje straszliwy upadek - moim skromnym zdaniem - literatury. Oni sięgają do Borgesa, Sartre'a, jakieś takie rozmaite kawałki. Następnie mam duży bukiet prac naukowych. Z Moskwy dostaję "Prirodę". To jest najlepsze naukowe pismo, jakie znam w ogóle, bo tam nie ma żadnych reklam. Natomiast jest "Scientific American" i "American Scientist", i "New Scientist" z Anglii - to jest połowa tekstu, a połowa to są same reklamy. Oni się utrzymują z reklam, to się widzi. I dbają o to, żeby to było sensacyjne i łatwo zrozumiałe. Wprawdzie "Priroda" rosyjska bardzo podupadła - dziesięć razy mniejszy nakład niż za sowieckich czasów (z 80 tys. do 8 tys. nakładu), ale klasa się jej zupełnie nie zmieniła. Ja nie kupuję "Świata nauki" u Prószyńskiego, bo to jest po prostu "Scientific American" tłumaczony, ja to mam bezpośrednio z Ameryki. Dostaję jeszcze rozmaite jakieś abstrakty, kseroksy no i potem jeszcze jest Internet. Na szczęście tutaj filtrem dla mnie jest mój pan sekretarz. Na jego filtrach to osiada, co do mnie nie dociera, żebym się dowiedział, że jestem taki albo jestem owaki, albo że chodzi o to i o tamto. A potem jest jeszcze całe mnóstwo młodzieży, która mi posyła tomiki wierszy. Ciocia dała pieniądze na to albo studium, ja nie wiem... i proza, która jest bardzo dziwnie powykręcana, tak jak chińskie buciczki niegdyś dla kobiet. Prenumeruję jeszcze oczywiście "Spiegel", kupuję od czasu do czasu "Newsweek"... Mam tego więcej niż jestem w stanie przeczytać, toteż nie czytam, tylko nerwowo przeglądam, żeby zobaczyć, czy broń Boże nie ma jakiejś nowości, którą warto sobie zakonotować.
Minimal Bros: I naprawdę udaje się Panu to wszystko przeczytać???
Stanisław Lem: No oczywiście, że ja się znajduję w stanie permanentnego tonięcia, że tak powiem, w morzu informacyjnym, ale w końcu wiek i doświadczenie sprawiają, że ja nie wchłaniam byle czego. Po pierwsze - nie interesuję się sportem, z wyjątkiem tenisa. Zupełnie nie interesują mnie żadne księżne i hrabiny, które wychodzą za księżniczki, i to, że Kamila Parker była już raz u królowej Elżbiety. Nie rzuciłem się z wyłupionymi oczami na te teksty, bo mnie to nic nie obchodzi. Książę Walii, czyli Charles, gada straszliwe głupstwa, więc oczywiście omijam to, tak jak się omija kałużę. Ogólnie jest tak: jeżeli informacji jest x razy więcej na świecie, to trzeba być x razy bardziej ostrożnym, żeby nie wdepnąć w coś głupiego. Od czasu do czasu robię polowania na "Kulturę" Giedroycia, na "Zeszyty Literackie" - to są naprawdę polowania, bo tego nie ma normalnie w księgarniach, co jest bardzo smutne, bo to jest jeden z bardzo nielicznych, może jedyny prawie całkowicie obiektywny głos przedstawiający sytuację polską. Przedwczoraj (4 czerwca) podpisałem (wymęczyli mnie!) umowę na pełnometrażowe sfilmowanie Kataru. Dałem prawa światowe, a głównie dlatego dałem, bo 20 lat temu z Janem Józefem Szczepańskim napisaliśmy wspólnie scenariusz, PRL to odrzucił no i nikt tego nie chciał sfilmować. A teraz się nagle znalazł jakiś producent w Niemczech, więc się zgodziłem, bo wiem, że ja dostanę połowę i on dostanie połowę, z tym, że on jest w trudniejszej sytuacji życiowej, więc mi na tym bardzo zależy. Aczkolwiek jestem przekonany, że film będzie podły, ponieważ Niemcy nie mają po pierwsze pieniędzy, po drugie pieniędzy, a po trzecie zdolnych ludzi do robienia filmów.
Minimal Bros: Niedawno zgodził się Pan również na sfilmowanie Solaris w Hollywood, ale jednocześnie zastrzegał się Pan: "Mam nadzieję, ze nie doczekam".
Stanisław Lem: Już nic nawet o tym nie mówię, bo przecież ja nic nie wiem. Ja jestem jak ten mąż, którego żona stale zdradza, ale on stara się ze wszystkich sił utrzymać się w przekonaniu, że ona jest mu wierną. Jakiś Cameron jest producentem tego Solaris. Ja tylko wiem, że mam dostawać regularnie jakieś pieniądze, ale nie mogę pytać o scenariusz. Wyjaśniono mi, że ja się nie mam prawa mieszać w ogóle do tego. Co oni zrobią, to jest oczywiście ich zdaniem wspaniałe, ale opinia producenta nie jest jednak miarodajna i trzeba sobie powiedzieć, że to jest po prostu nonsens.
Minimal Bros: Panu w ogóle raczej rzadko podobały się filmowe adaptacje Pańskich utworów...
Stanisław Lem: Mi się nie podobał Tarkowskiego film o Solaris. Ja tego nie ukrywałem zanadto i nawet jak on był w Paryżu, i kiedy już był dysydentem i emigrantem, a potem umarł na raka, jakiś facet z "Frankfurter Rundschau" rzucił się na mnie, jak ja śmiem po zgonie tak wybitnego reżysera negatywnie wyrażać się o jego filmie. A ja mówię o moim wrażeniu, które odniosłem i nie było ono korzystne. Wie pani, dziedzina literatury i sztuki, to jest jedna z nielicznych, w których nie zachowuję zasad dyplomatycznych. Ja mówię prawdę. Jak mi się coś podoba, to podoba, a jak nie podoba, to nie. Co ja mam zrobić, nie ma na to rady żadnej.
Minimal Bros: Scenariusz na podstawie Kataru nie był jedynym, który napisał Pan wspólnie z Janem Józefem Szczepańskim.
Stanisław Lem: Wajda też zrobił, ale to był mały film - Przekładaniec - tak jak się nazywa ten tomik, który teraz wyszedł. To było dobre, z Kobielą, zrealizowane tuż przed jego tragiczną śmiercią. I wtedy to było dziwaczną fantasmagorią. Tymczasem dożyliśmy czasów, kiedy się doszywa ręce, nogi, to i tamto, i to się stało znacznie bardziej zwyczajne, znacznie lepiej przyswajalne przez odbiorcę. Aczkolwiek sam film jest - można powiedzieć - już z siwą brodą. A ten drugi, co to było...
Minimal Bros: Rękopis znaleziony w wannie...
Stanisław Lem: Dałem opcję też jakiemuś Amerykaninowi. W Panu Bogu nadzieja, że on nic z tego nie zrobi. Lepiej nie mieć żadnego nakręconego filmu według książki aniżeli zły. To przecież proste. Tak samo dotyczy to tłumaczeń.
Minimal Bros: Niektórym swoim bohaterom ofiarował Pan ciekawą możliwość - przy pomocy na przykład korbki czy innego urządzenia mogą sobie obniżyć inteligencję do poziomu idioty. Kilkakrotnie sięgał Pan do motywu szczęśliwego idioty. Czy Pana pociągałby taki stan?
Stanisław Lem: Nie, nie, nie, nie (śmiech). Wie pani, muszę powiedzieć uczciwie, że ostatnia seria odkryć dość mnie rozczarowała w tym sensie, że okazuje się, że wyższe uczucia mogą być spowodowane na przykład przez androsteron albo przez testosteron. Po prostu, że rozmaite molekuły chemiczne mogą nam zmieniać nastrój, nawet inteligencję itd. Tak że ja w pewnym sensie mam na pieńku z biologiczną ewolucją, która nas tak ukształtowała, że my jesteśmy tak uzależnieni od chemii w naszych ustrojach. A teraz się do tego uczeni dobrali z dziką chciwością i bez wszelkiej litości.
rozmawiała wodnica
wywiad przeprowadzono jesienią 2000 roku
[kultura.org.pl]
Komentarze
|