MASTERS OF ROCK 2011 dzień czwarty - niedziela
19.09.2011.
Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Czas ma taka ponurą przypadłość, że spędzany miło, szybciej płynie. Czwartego dnia festiwalu zawsze jest to zdziwienie - już? Koniec? Dlatego ostatni dzień rozpoczęłam nieco wcześniej, bo już przed południem.

Steelwing - skład, który mimo zaledwie dwuletniej działalności widziałam już dwukrotnie, bo Szwedzi supportowali Accept oraz Sabaton podczas tras po Polsce, wypadł ciekawie. Energii chłopakom tylko pozazdrościć, kontakt nieliczną jeszcze o tej porze publiką świetny, kilka damskich westchnień pod adresem Rileya i Alexa, nie wiem na ile jest to zasługa umiejętności muzyków, a na ile obcisłych legginsów w połączeniu z ogólną prezencją, dość, że wrażenie, na czeskiej publice Steelwing zrobili pozytywne. Niemal godzinny set, w którym ociekający wręcz Iron Maiden i Judas Priest Szwedzi zapodali najlepiej chyba znane i wyróżniające się "The Illusion", "Headhunter" oraz na przed bisowym finiszu cover Fleetwood Mac "The Green Manalishi (With The Two-Pronged Crown)". Mimo niezwykle pracowitego ostatniego roku, chłopki nadal świetnie bawią się na scenie, co w całkiem naturalny sposób udziela się publice, a co ważniejsze zabawa ta wychodzi lekko i profesjonalnie, na planowany bis pojawilł się "Roadkill (or be Killed)", po czym Riley i ekipa z setlist przyklejonych na scenie zrobili samolociki i posłali w publikę. Taki souvenir dla fanek.

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Steelwing / fot. vSpectrum
Steelwing / fot. vSpectrum

Kolejny dla mnie punkt programu stanowiła Arkona. Z racji, że mróz był siarczysty, jak to w lipcu zwykle bywa, rosyjski pagan folk metal zaprezentował się w pełnym rynsztunku bojowym, grube skóry, futra - żeby nie zmarznąć przypadkiem. Masza "Scream" Arichipowa do syberyjskiego wizerunku przyzwyczaiła już fanów, jak również do trzymania się ściśle czasu koncertu, żeby przedłużając nie rozgotować się na miękko w gorącej atmosferze polskich klubów, w końcu wojownicy z Rusi twardzi być muszą i basta. Mimo radosnej słonecznej scenerii, było w końcu około godziny piętnastej, za wszelką cenę kapela chciała zbudować mroczniejszą atmosferę. Nie dla nich uśmiechy, wylewny kontakt publiką, dla nich wściekły wgniatający w glebę ryk Maszeńki połączony z niezwykle ekspresyjnym epileptycznym wręcz momentami tańcem i ciężkie dźwięki, ciekawie wzbogacone ludowymi instrumentami. W set liście znalazły się "Ot Serdca K Nebu", "Stenka na Stenku" i "Goi, Rode, Goi". W sumie Czesi wykrzesali z siebie nieco entuzjazmu, kiedy Masza przy okazji "Slavsya, Rus!" zachęcała publikę do klaskania. Jedno na długo przykuło moją uwagę, mianowicie wątpliwej jakości dekoracja w postaci wilczego zezwłoku to smętnie zwisającego z Maszy to dziko majtającego wokół wokalistki. Widać zmaltretowana wilcza skóra to takie plus dziesięć do lansu rosyjską modłę, jakby Maszy nie wystarczyło, że dysponuje niesamowitym wokalem.

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Arkona / fot. vSpectrum
Arkona / fot. vSpectrum

Po godzinnym opiewaniu Wielkiej Rusi na scenę skromnie wkracza holenderska grupa Delain, z przesympatyczną Charlotte Wessels na wokalu. Dwa albumy w dorobku, melodyjna muzyka w klimacie symfonicznego/gotyckiego metalu, efektowna wokalistka, czyli występ zapowiada się przyjemnie. Na pierwszy ogień "Invidia" i "Stay Forever". Nie zabrakło nowszych utworów, nie zamieszczonych dotychczas na żadnej płycie to jest "Get The Devil Out Of Me" oraz "Milk and Honey", a zaraz po tym rytmiczny "The Gathering". Później pojawił się nieco mocniejszy "Control the Storm" z męskim wokalem, nieco wolniejszy "Sleepwalker's Dream" oraz na finiszu doskonale znany kawałek z pierwszego albumu "Pristine". Charlotte energicznie zamiatała rudą grzywą w przerwach między partiami wokalnymi, wtórował jej dzielnie gitarzysta Timo Somers i mimo, że publika była raczej mało liczna koncert do udanych.

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Delain / fot. vSpectrum
Delain / fot. vSpectrum

Kolejne smaczne danie rzucone na pożarcie to niemiecki Oomph! - Niemcy znani z swojego stylistycznego mixu - łączenia metalu z industrialem, rocka, gotyku i wszelkiej możliwej elektroniki. Oopmh! Na mastersowej już gościł wcześniej, jednakże w znacznie lepszym koncertowym czasie, tu zbliżała się dopiero 18:00. Jak można się było spodziewać po energetycznych, szybkich, łatwo wpadających w ucho płytach składu zabawa była świetna. Na wejściu mocny "Beim ersten Mal tut's immer weh", a potem nieco wolniejszy "Träumst Du". Niewiele publice było potrzebne do szczęścia skoro już niemalże od początku żywo jak na Czechów reagowała. Kolejno leciały najlepsze kawałki "Wer schön sein will muss leiden", "Wach auf!", "Mitten ins Herz".

Dero Goi nie musiał specjalnie zachęcać tłumu współpracy, przy "Sex hat keine Macht" wykonanym akustycznie, sekcję rytmiczną stanowiły klaszczące dłonie, równie wydatne było wspomaganie wokalne, samo nachylenie mikrofonu nad publikę wywoływało wrzaski. Robert Flux zamienił efektownego lustrzanego Sandberga na gitarę akustyczną, Christian "Léo" Leonhardt wyszedł zza zestawu perkusyjnego i przysiadł na odsłuchu, natomiast Andreas Crap przesiadł się za klawisze. Sytuacja powtórzyła się przy również akustycznym "Auf Kurs". Dero obdarzony charakterystycznym mocnym wokalem, szalał po całej scenie, przesyłając co chwila buziaki, przy "Gekreuzigt" zanurkował nawet w publikę pozwalając się nieść na rękach tłumu. Mimo upału i dość wyczerpującego seta odsapnął dopiero przy tych dwóch wspomnianych wolniejszych kawałkach oraz w kolejnym "Revolution" z ostatniego albumu. W numerze "Labirinth" pojawił się zgrabnie wpleciony "We Will Rock You" Queen. Mając do dyspozycji 10 pełnometrażowych albumów, Niemcom skomponowanie set listy wyszło świetnie, nie pominęli nic, czego przeciętnie zainteresowany słuchacz mógłby żałować.

Absolutne szaleństwo zbliżające się to tego, które przez całą bytność na scenie miał Goia w oczach ogarnęło tłum na swego czasu skandalizującym, prezentującym luźne podejście do spraw religii "Gott ist ein Popstar", a na kończącym seta "Augen Auf!" było już tylko goręcej. Znając Oomph! najlepiej z ich anglojęzycznych wersji utworów, wkurzały mnie niemieckie teksty, bo nijak do ogólnego zawodzenia przyłączyć się nie dało, ale cieszę się bardzo, że miałam możliwość usłyszenia Niemców na żywo - świetna koncertowa kapela.

Znaleźli się oczywiście malkontenci, wyznawcy "prawdziwego" metalu dla których Oomph! to rammsteinopodobna hybryda grająca tanz metal - chyba nie zauważyli, że od złotych heavy metalowych lat 80-siątych pojawiło się kilka nowych, ciekawych gatunków ciężkiego grania, nieco bardziej świeżych i nowatorskich. Zabawnym faktem jest to, że Oomph! jest nieco starszy niż przytoczony Rammstein, czy to biorąc pod uwagę rok założenia co daje 22-letni staż, czy wydania pierwszego albumu, negowanie ich bez poznania przypomina dziecięce: "na złość babci odmrożę sobie uszy" - no cóż tracą kawał porządnej muzyki z konkretnym rąbnięciem.

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Oomph! / fot. vSpectrum
Oomph! / fot. vSpectrum

Po prowokatorach z Oomph! na scenie kompletna zmiana klimatu, bo pojawia się anorektyczny Bobby "Blitz" Ellsworth z ekipą czyli thrashowcy z Overkill. Trzydzieści lat na scenie, 15 pełnometrażowych albumów i tylko godzina czasu na scenie. Amerykanie rozpoczynają od "The Green and Black", czyli od ostatniego wydawnictwa, do tego doszły jeszcze "Ironbound", "Give a Little" i "Bring Me the Night". Punkty setlisty skakały po całej dyskografii przekrojowo, były: "Wrecking Crew", "Hello From The Gutter", pioruńsko szybki "Hammerhead", nieco bardziej melodyjny "In Union We Stand", z ciężkim i klimatycznym wstępem "Skullkrusher" oraz "Elimination". Skład jak najbardziej w formie, Blitz wokalnie "popiskiwał" po staremu, jednakże tłum na dobre rozruszał się dopiero przy "Old School" oraz efektywnie wydał głos wtórując Ellswotrhowi i wywrzaskując skrupulatnie każde "Fuck You", na sam finisz Overkill zapodał stary dobry numer AC/DC "Dirty Deeds Done Dirt Cheap".

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Overkill / fot. vSpectrum
Overkill / fot. vSpectrum

Zbliża się godzina 21, czyli czas na niedzielnego headlinera, zamykającego festiwal. Tegoroczna gwiazda to Helloween, który niesiony bogatą trasą koncertową promującą nadal album "7 sinners" zawitał do Vizovic. Nawet rok nie zdążył minąć od koncertu w warszawskiej Stodole, a tu znowu Deris z ekipą na scenie. No i co tu napisać, żeby się nie powtarzać, nie odsyłając jednocześnie do poprzedniej relacji? Set powtarzalny i przewidywalny tak jak i kontakt Andiego Derisa z publiką.

Na powitanie "Are You Metal", "Eagle Fly Free" oraz "March of Time". Już po 3 kawałkach Sascha Gerstner miał swoje 5 minut odgrywając efektowne solo, przerwa na "Where the Sinners Go" i kolejne solo, tym razem na bębnach Danii Loble walił ile fabryka dała. Kolejno "Steel Tormentor", "World of Fantasy" i "I'm Alive", podobnie jak w grudniu pojawił się 3 w 1 czyli "Keeper of the Seven Keys", "The King for a 1000 Years" oraz "Halloween" ściśnięte do kupy.

Nadal nie mogę rozwikłać jednej rzeczy, czy od czasu warszawskiego koncertu wyostrzył mi się słuch, czy może po mastersowej scenie faktycznie kręcił się jakiś niewidzialny kot nieborak, którego Deris przydeptywał co jakiś czas wydobywając z futrzaka koszmarne dźwięki. Dość, że nader często przechodziły mnie dreszcze... z powodu tego cierpiacego kota oczywiście. Impet elokwencji Derisa podobnie jak w Warszawie, walnął w Loble przy okazji "Future World". Danii znowu wysłuchał, że jest głupi, głuchy, niedowidzi, za dużo pije, ma zatyczki w uszach... a wszystkie te komplementy miały pobudzić publikę do donośniejszych wrzasków, których to Loble z wyżej wymienionych problemów zdrowotnych i osobistych nie słyszy. Zabawa przeciągała się nieznośnie długo, czego naturalnym efektem było ziewanie. Bite 10 minut paplaniny... włącznie z przedstawieniem muzyków... ziiiiew!

Weikath, Grosskopf, Gerstner i Loble bez zarzutu, pełna profeska, natomiast Andreas Deris postawił na rozbudowaną konferansjerkę i dobrą zabawę. Fakt, gość sprawia sympatyczne wrażenie nieustannie kręcąc się po scenie, z uśmiechem od ucha do ucha, stara się jak może, a wychodzi... jak zawsze. Gdzieś w okolicach wywołanego pierwszego na bis kawałka "Dr. Stein" po obu stronach sceny napompowały się ogromne dyńki. Na finiszu był "I Want Out" przy, którym się znowu Derisowi pod nogami zaplątał kot i kolejne wyciskanie wrzasków z publiki... nie wytrzymałam, obrót na pięcie i czas na kolację.

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween / fot. vSpectrum
Helloween / fot. vSpectrum

Helloween zeźlił mnie do tego stopnia, że odpuściłam sobie, będące faktycznym "zamykaczem" Masters of Rock 2011 - Tri Sestry, któremu chciałam choć 5 minut poświęcić, strzała na pysznego langosa, ostatnie festiwalowe piwo i do namiotu, wyspać się, bo jutro całodzienny powrót do domu czeka.

Festiwal jak zwykle organizacyjnie - bajka, do atrakcji gastronomicznych będę znowu tęsknić cały rok, co jak co, ale festiwalowa kuchnia jest wspaniała, tak jak moja ulubiona kofola, bo piwo - jak to piwo - w kraju też mamy dobre.

Za rok szykuje się znacznie większa impreza, wszak będzie to dziesiąta, okrągła edycja Masters of Rock, miejmy nadzieję, że tym razem bez komplikacji z lokalizacją, za równie udana.

P.S. Po staremu dziękuję bydgoskiej ekipie za wspólnie spędzone cztery metalowe dni i noce! Podziękowania specjalne dla jednej dobrej duszy, dzięki której odzyskałam zdjęcia z 3 pierwszych dni festiwalu.

Autor: vSpectrum

Komentarze (0)

Zapisz sie do RRS feed tego komentarza

Napisz Komentarz

mniejsze | większe okno
security image
Ponizej Wpisz Kod bezpieczenstwa

busy
Zmieniony ( 22.01.2012. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »