| Castle Party Festival 2006 |
|
|
| 11.08.2006. | |
|
Pod względem muzycznym można było jednak odnieść pewne wrażenie, iż z roku na rok zestaw zespołów goszczących na festiwalu jest nieco mniej atrakcyjny niż w poprzednich latach, a przynajmniej dużych gwiazd, które przyciągają tłumy, jest w tym zestawie coraz mniej. Do tego niespodziewanie, w piątek 27 lipca, kiedy to w programie Castle Party przewidziane były występy uznanych DJ-ów oraz grupy Job Karma, artyści Ci wystąpili, nie jak dotychczas to bywało w pierwszy dzień imprez festiwalowych, na dużej scenie, tylko na małym dziedzińcu zamkowym. Mimo tych niedogodności, hipnotyzujący wręcz występ Job Karmy, któremu towarzyszyły niezwykle sugestywne projekcje o industrialnym, a momentami wręcz psychodelicznym klimacie rodem z koszmarnego snu, zaliczyłabym do udanych. Publiczność była oczarowana, jeśli można w tym przypadku użyć takiego słowa... Trochę rozczarował koncert projektu Bończyk&Krzywański, który bardziej przypominał (choć w zasadzie tylko momentami) dokonania zespołu Voo Voo, niż Republiki, do której twórczości panowie ponoć się odwołują. Było zbyt monotonnie i jakby nie za bardzo na tego typu imprezę. Ale, cóż, organizatorzy praktycznie już nas do tego przyzwyczaili, że co roku, od kilku edycji na festiwalu pojawia się tego typu niespodzianka. Niespodzianką nie były za to ostatnie trzy koncerty tego dnia. Nikt chyba nie miał wątpliwości, że to będą przynajmniej dobre występy. Po pierwsze, bardzo energetyczne show niemieckiego Funker Vogt, którego wokalista miotał się po scenie nie ułatwiając fotoreporterom zadania;). Dobre przyjęcie ze strony publiczności, choć wizualnie lekko mnie rozczarowali – z opisu na stronie zespołu można było spodziewać się czegoś więcej niż tylko przyodzianych w militarne uniformy muzyków zespołu (do tego nie wszystkich). Ostatni tego dnia koncert należał zdecydowanie do najlepszych podczas całego festiwalu. I jest to zdanie wielu uczestników imprezy. VNV Nation rozbroił bowiem słuchaczy nie tylko fantastycznie odegranym materiałem z ostatniej, ale i z wielu poprzednich przebojowych płyt, ale przede wszystkim doskonałym kontaktem z publicznością. Prym w tej kwestii wiódł niewątpliwie wokalista grupy, który uraczył nas kilkoma niezwykle dowcipnymi uwagami na temat wyższości spożywania napojów wysokoprocentowych nad tymi mniej procentowymi Można powiedzieć, że tym kupił publikę na zawsze. Nie ma się więc co dziwić, że rozbawiona i rozbujana pełnym energii show domagała się bisów. I te bisy oczywiście otrzymała. A żeby tego było mało, dano też jej słowo, że zespół wróci do Polski. Czekamy z niecierpliwością! To co ukazało się naszym oczom po polskim akcencie, wyczekiwane z niecierpliwością, dosłownie eksplodowało na scenie! I tak oto kanadyjska ekipa The Birthday Massacre pod wodzą charyzmatycznej wokalistki Chibi od pierwszych dźwięków zaskarbiła sobie uwielbienie publiczności. Niewiarygodna radość grania i dzielenia się muzyką ze swoimi odbiorcami połączona z drapieżnym image’em grupy złożonej z jakże młodych osób, do tego świetny kontakt ze zgromadzonym pod sceną oczarowanym tłumem – tymi mniej więcej słowami można opisać koncert sympatycznych Kanadyjczyków, którzy także po występie okazali się niezwykle otwarci i cierpliwi wobec fanów, którzy przez kilka godzin dopominali się od wałęsających się po małym dziedzińcu muzyków autografów, zdjęć, a nawet radosnych, uścisków. I co najważniejsze, żaden z fanów się nie rozczarował. To co nastąpiło później niestety mogło rozczarować, zwłaszcza tych, którzy pamiętają koncerty Fading Colours z poprzednich edycji Castle Party. Czy to fakt, że tym razem nie zagrali w nocy, w świetle reflektorów i w specjalnej scenografii, czy może brak pomysłu na atrakcyjną prezentację w pełnym słońcu, trudno powiedzieć. Ci, którzy spodziewali się rewelacji, niestety się jej nie doczekali. Zaskoczył natomiast zespół Riverside, który ze swoją ambitną progresywno rockową muzyką okraszoną metalową melancholią momentami nasuwającą na myśl dokonania Anathemy (do której zespół bywa czasem porównywany), sprawił, że większość stojących na dziedzińcu osób dosłownie zamurowało. Przepiękne przytłaczające swym bogactwem przestrzenie dźwiękowe, hipnotyzujący wręcz głos wokalisty i pełen profesjonalizm muzyków musiały zostać docenione przez niejednego, nawet sceptycznego słuchacza. Dlatego grupa otrzymała zasłużony aplauz. Tego wieczoru wokalnie oczarowywała także Liv Kristine ze swoim zespołem Leaves’Eyes. Jak zwykle anielski głos, jak zwykle uroczy, choć momentami za sprawą drugiego wokalisty, a prywatnie męża Liv, Alexa, wojowniczy, klimat towarzyszący występowi grupy i jak zwykle żywa reakcja ze strony fanów tego typu gotycko metalowych dźwięków zakrapianych delikatnie folkową nutą. Niemniej jednak w pewnym momencie można było odnieść niewielkie wrażenie, że gdzieś zakrada się monotonia i czas koncert powoli kończyć. A na zupełne zakończenie De/Vision – oczekiwany, a jakże rozczarowujący występ, akurat niefortunnie na zamknięcie festiwalu. Zupełnie chybiony pomysł, ale kto mógł przewidzieć... I szkoda, bo to wszystko pozostawiło jednak pewien niesmak. Szczególnie po tym jak okazało się, że nie tylko akredytowani fotoreporterzy, ale także i zwykli śmiertelnicy nie mogli fotografować zespołu, podczas występu. No cóż, widzimisię menadżera, nie mogło poskutkować więc inaczej jak tylko tym, że grono osób zaczęło zastanawiać się nad gwiazdorskim statusem tego niczym specjalnie nie wyróżniającego się scenicznie tego wieczoru zespołu. Owszem, część zapalonych fanów bawiła się doskonale, ale nie dało się nie zauważyć, że publiczność z utworu na utwór coraz szybciej się przerzedzała... Autor: Agnieszka Wywiał
Set as favorite
Bookmark
Email This
Odsłon: 293 Komentarze (0)Napisz Komentarz |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|

Wrocławianom nie trzeba specjalnie przedstawiać Leszka Cichońskiego i jego zespół. Polski gitarzysta bluesowy, kompozytor i aranżer. Wykładowca warsztatów muzycznych w Bolesławcu, Brodnicy i Zakrzewie. Organizator Thanks Jimi Festival i Gitarowego Rekordu Guinnessa we Wrocławiu. Autor kursów do nauki gry na gitarze "Blues – Rock Guitar Workshop" i "Gitarowe ABC".




Tegoroczna, trzynasta już edycja festiwalu Castle Party w Bolkowie jak zwykle upłynęła w atmosferze ogólnie dobrej zabawy i specyficznego mroczno gotyckiego klimatu jednocześnie. Jak kto się bawił i spędzał czas poza koncertami zależało od jego przynależności do poszczególnych grup fanów (szczególnie swoją obecność zaznaczyli w tym roku fani Depeche Mode, którzy w urzekający sposób wprowadzali w dobry nastrój wielu innych uczestników festiwalu). Generalnie jednak nie było chyba osoby, która mogłaby narzekać na brak rozrywki. O tą nie było trudno, czy to podczas after parties organizowanych w miejscowych klubach po koncertach na zamku, czy chociażby w ciągu dnia (i nie tylko) na bolkowskim rynku, tudzież słynnym polu namiotowym z basenem.
Tegoroczna trasa będzie miała charakter szczególny, a mianowicie będzie trasą jubileuszową z okazji 20-lecia istnienia zespołu!! Tym samym postanowiono połączyć doroczną trasę AGT z owym wydarzeniem. Będzie to nie lada gratka dla miłośników grupy Closterkeller!
W Upside Down zawsze najważniejsza była, jest i będzie muzyka. Jesteśmy z Bydgoszczy i lubimy się nieźle spocić na koncercie. Nie zajmujemy się zmienianiem świata na lepsze!!! Sami podejmujemy wszelkie decyzje dotyczące zespołu, ale nie określamy się jako kapela niezależna, ponieważ w dzisiejszym świecie to słowo to abstrakcja. W życiu prywatnym jesteśmy zwykłymi
konsumentami, pracującymi dla wstrętnych kapitalistów, aby mieć kasę na życie i granie, i niczym nie różnią się od milionów młodych ludzi przemierzających codziennie nasze ulice.


