| Mistrzowie rocka proszą na ucztę |
|
|
| 05.05.2006. | |
|
W sylwestrowy wieczór 1991 r. w Cow Palace w San Francisco odbył się wyjątkowy koncert. Na jednej scenie zagrały Pearl Jam, Red Hot Chili Peppers i Nirvana. Trudno wyobrazić sobie lepszą demonstrację siły ówczesnego młodego amerykańskiego rocka. Red Hot Chili Peppers - którzy już wcześniej zdążyli zaznać pierwszej sławy - dzięki gigantycznemu sukcesowi wydanej zaledwie kilka tygodni wcześniej płyty "Blood Sugar Sex Magic" mieli za chwilę posmakować, czym jest prawdziwe gwiazdorstwo. Płyta Nirvany "Nevermind" była w sklepach od trzech miesięcy i widzowie MTV zdążyli już oszaleć na punkcie teledysku do promującej ją piosenki "Smells Like Teen Spirit". Również w sierpniu 1991 r. ukazał się debiutancki album Pearl Jam "Ten". Trzej bohaterowie amerykańskiej sceny alternatywnej właśnie prężyli się do ostatecznego skoku. Za chwilę silnym kopniakiem mieli wyważyć drzwi do show-biznesu i wywrócić go do góry nogami, odmieniając obraz muzyki rozrywkowej. Nirvana na T-shirtach Za parę miesięcy od wieczoru w Cow Palace upłynie równo 15 lat. To dużo czasu, aby dostrzec symboliczny wymiar tamtego koncertu. Na scenie spotkało się trzech wykonawców, którym dane było w nieomal wzorcowy sposób zrealizować trzy różne scenariusze możliwe dla bohaterów każdej praktycznie muzycznej rewolty. Nirvany dziś już nie ma. Pozostało po niej kilka znakomitych piosenek i niezwykła płyta "Unplugged In New York" oraz tragiczna legenda lidera Kurta Cobaina, który popełnił samobójstwo przytłoczony zarówno nagłą sławą, jak i heroinowym nałogiem. Legenda, która na równi z muzyką sprawia, że podobizna Cobaina do dziś - ponad 12 lat po jego śmierci - jest jednym z ulubionych motywów na T-shirtach zbuntowanych nastolatków z całego świata. Plecami do MTV Dwa pozostałe zespoły istnieją i mają się dobrze. Podążają zupełnie innymi drogami. Pearl Jam - podobnie jak Nirvana uznawany za jedną z gwiazd stylu grunge - także miał okazję poznać, czym jest wymierny sukces komercyjny. "Ten" w samych tylko Stanach rozszedł się w ponad dziewięciomilionowym nakładzie. Wokalista Eddie Vedder stawiany był w jednym szeregu z Cobainem jako lider i wyraziciel niepokojów młodego pokolenia fanów. W przeciwieństwie do Nirvany zespół potrafił jednak poradzić sobie z nagłą popularnością. Zrobił to w szczególny sposób - świadomie i niezwykle konsekwentnie negując i dekonstruując wszystko, co zaprowadziło go na szczyty list przebojów. Odrzucił status gwiazdy, odmówił nagrywania muzyki będącej kontynuacją "Ten" i zwrócił się ku bardziej alternatywnym brzmieniom, przestał realizować teledyski. Odwrócił się plecami do kultury MTV. Stał się kimś na kształt Grateful Dead epoki grunge. Tak samo jak ta legendarna hipisowska formacja postawił na kontakt z fanami na koncertach. Tylko Pearl Jam mogło przyjść do głowy, aby nagrać każdy występ ze swojej trasy i wydać wszystkie na płytach - po jego tournée z 2000 r. do sklepów trafiły 72 płyty koncertowe. Grupa jako jedyna na rynku amerykańskim wypowiedziała też wojnę monopolizującej sprzedaż biletów w Stanach agencji Ticketmaster. Pojedynek - zresztą przegrany - skończył się przesłuchaniami w amerykańskim Kongresie. Ale nie tylko w ten sposób Pearl Jam dawał wyraz przywiązaniu do ideałów sceny niezależnej. Grupa mocno upolityczniła swój przekaz, angażując się w kampanie popierające Amnesty International, ruch na rzecz prawa do aborcji i Partię Demokratyczną, ostatnio zaś wyjątkowo ostro krytykując poczynania administracji Busha i politykę USA. Z chwilowej gwiazdy zespół przemienił się w piewców niezależności. Udało mu się po ogromnym sukcesie wrócić do podziemia i zachować przy tym autentyczność. Cały ten cyrk Red Hot Chili Peppers tymczasem nigdzie nie zamierzali wracać. Byli przygotowani na popularność znacznie lepiej niż wywodzące się z deszczowego Seattle grupy grunge'owe. Pochodzili z Kalifornii, z Los Angeles, a tamtejsza scena alternatywna - niezwykle barwna, kolorowa i oryginalna - zawsze była nastawiona do show-biznesu bardziej ugodowo niż ortodoksi niezależności z innych części USA. Wzięli na siebie cały ciężar rockowego gwiazdorstwa. Ze wszelkimi tego konsekwencjami. Milionowymi nakładami płyt i wielkimi koncertami (na jednym tylko występie w 2000 r. na placu Czerwonym w Moskwie obejrzało ich 200 tys. ludzi), ale też opisywanymi przez tabloidy aferami, nieustannymi zmianami w składzie i mocno rock'n'rollowym stylem życia (gitarzysta John Frusciante zmagał się z narkotykowym nałogiem, przez co na kilka lat musiał opuścić grupę). Jeśli jednak nawet uznać, że Red Hot Chili Peppers z czasem przemienili się w swoisty rockowy cyrk, Rolling Stonesów swojego pokolenia, to trzeba przyznać, że uczynili to z gracją i nie stracili artystycznej wiarygodności. Wciąż unikają czysto komercyjnej estetyki, nagrywając nowe płyty, sięgają po bardziej alternatywne inspiracje. Także w tekstach - od zawsze zdominowanych przez mocno hedonistyczno-erotyczną tematykę - przemycają czasem treści charakterystyczne dla grup związanych z muzycznym podziemiem. Tak jak te o globalizacji w "Californication" z albumu o tym samym tytule z 1999 r. Liryczna twarz Frusciante Wydane niemal w tym samym czasie "Stadium Arcadium" i "Pearl Jam" to dwie różne opowieści. Red Hot Chili Peppers postawili przede wszystkim na muzykę. "Stadium Arcadium" to aż 28 nowych kompozycji umieszczonych na dwóch kompaktach nazwanych "Jupiter" i "Mars". Grupa zwróciła się na nich ku swoim korzeniom. To z jednej strony bardzo surowy funk, w którym zespół przemienia się w maszynę rytmu ("Hump De Bump", "Warlocks"), z drugiej rock rodem z lat 70. ("Charlie", "Readymade"). Jednocześnie formacja znana przecież z niezwykle energetycznego grania na "Stadium Arcadium" odkrywa nastrojową, wręcz liryczną twarz. Zaskakująco dużo tu piosenek opartych na stonowanych brzmieniach, spokojnych gitarowych motywach - "Snow", "Wet Sand". To także prawdziwy popis gitarzysty Johna Frusciante, który po raz kolejny udowadnia nieprzeciętny talent i wrażliwość. Z brzmień i zagrywek, które wydobywa ze swojego instrumentu, można by ułożyć podręcznik dla rockowego gitarzysty. Frusciante bawi się gitarowymi stylami i technikami - a to przywołuje na myśl solówki z płyt Pink Floyd, a to wypuszcza spod palców dźwięki, których nie powstydziłby się Hendrix, a to krąży gdzieś wokół klimatów a la Santana lub zmusza gitarę, by łkała niczym na płytach Neila Younga. Trochę jakby nieustannie puszczał oko do słuchaczy. Ten klimat zabawy dźwiękami i radość grania udzielił się zresztą chyba całemu zespołowi - proszę posłuchać jak w "21st Century" imituje rockowym instrumentarium dyskotekowy aranż. Tako rzecze Pearl Jam A nowa płyta Pearl Jam? I tu czekają nas muzyczne niespodzianki. Obok mocnych, chwilami hardrockowych ("Life Wasted", "Worls Wide Suicide"), chwilami punkowych ("Comatose") utworów pojawiają się zupełne zaskoczenia - jakby trochę soulowe "Marker In The Sound", beatlesowskie "Parachutes", nawiązujące do Dylana i utrzymane trochę w tempie walczyka "Come Back". I wreszcie wielki finał w postaci "Inside Job" - siedem minut muzyki utrzymanej niemal w stylistyce późnego Pink Floyd. Ale dla Pearl Jam taką samą wagę jak muzyka ma słowo. I chyba w dużej mierze ze względu na treść o "Pearl Jam" będzie głośno. To bardzo społeczny album. Właśnie społeczny, a nie tylko polityczny. Owszem, Vedder krytykuje politykę prezydenta Busha, robi to jednak z perspektywy zwykłych Amerykanów. Unika rzucania sloganami, raczej sięga po obrazki wzięte z życia, jak np. samotność żony czekającej na wieści od męża wysłanego do Iraku. Śpiewa też o rozczarowaniu amerykańskim mitem, utracie pracy i towarzyszącej mu bezradności, o samotności. To obraz Ameryki nie tylko zaangażowanej w bezsensowną wojnę, lecz także bezsilnej i bezradnej wobec wszystkich dręczących ją problemów. Nie jest jednak istotne, jak bardzo różne od siebie są nowe płyty Pearl Jam i Red Hot Chili Peppers. W pewnym sensie obie grupy wciąż stoją obok siebie na scenie w Cow Palace. Obie ciągle wierzą, że poprzez muzykę można wyrażać siebie i komunikować się z ludźmi. Że wspólne nagrywanie to coś więcej niż tylko pretekst do trasy koncertowej, która powiększy stan konta o miliony dolarów. To słuchać i na "Stadium Arcadium", i na "Pearl Jam". Najważniejsze, że obie grupy brzmią świeżo i autentycznie. Red Hot Chili Peppers, "Stadium Arcadium", Warner Brothers Autor: Robert Sankowski
Set as favorite
Bookmark
Email This
Odsłon: 327 Komentarze (0)Napisz Komentarz |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|






Już w sklepach nowe płyty dwóch wielkich gwiazd rocka - "Stadium Arcadium" Red Hot Chili Peppers oraz "Pearl Jam" Pearl Jam. Oto historia, jak niedawni buntownicy zamienili się w ikony współczesnej popkultury.
Tegoroczna trasa będzie miała charakter szczególny, a mianowicie będzie trasą jubileuszową z okazji 20-lecia istnienia zespołu!! Tym samym postanowiono połączyć doroczną trasę AGT z owym wydarzeniem. Będzie to nie lada gratka dla miłośników grupy Closterkeller!
W Upside Down zawsze najważniejsza była, jest i będzie muzyka. Jesteśmy z Bydgoszczy i lubimy się nieźle spocić na koncercie. Nie zajmujemy się zmienianiem świata na lepsze!!! Sami podejmujemy wszelkie decyzje dotyczące zespołu, ale nie określamy się jako kapela niezależna, ponieważ w dzisiejszym świecie to słowo to abstrakcja. W życiu prywatnym jesteśmy zwykłymi
konsumentami, pracującymi dla wstrętnych kapitalistów, aby mieć kasę na życie i granie, i niczym nie różnią się od milionów młodych ludzi przemierzających codziennie nasze ulice.


