| Lao Che - 'Gospel' |
|
|
|
| Wpisał: Goldmoon | |
| 05.03.2008. | |
|
Po nagraniu płyty, która od razu przeszła do historii, można zrobić dwie rzeczy – zakończyć karierę lub dalej grać swoje. Tylko co znaczy swoje w przypadku zespołu, który garściami czerpie z literatury, historii i w oryginalny sposób przetwarza dowolne gatunki muzyczne? „Gospel” daje bezkompromisową odpowiedź i zaskakuje już na etapie okładki. Zamiast mrocznej estetyki „Guseł” i wydawnictw związanych z „Powstaniem Warszawskim” dostajemy jasne, kremowe opakowanie z napisami z kolorowej posypki do słodkich deserów. Do tego tytuły utworów wypisane literami przypominającymi logo Google i wizerunek ryby, symbolu chrześcijaństwa, na płycie zespołu, którego pierwszy krążek zaszufladkowano jako rock pogański. Lao Che musiało zdecydować: płyta z piosenkami czy kolejny koncept-album? A jeśli spójna całość, to jaki motyw przewodni? Do jakiej tradycji lub epoki się odwołać? Co może dorównać nośnością opowieści o walczącej Warszawie? Odpowiedź jest radykalna i brawurowa: Pismo Święte. „Gospel” jest przesiąknięte biblijnymi odwołaniami i chrześcijańską symboliką: „Drogi Panie”, „Bóg zapłać”, „Zbawiciel Diesel”, „Hydropiekłowstąpienie”, „Paciorek” – tytuły nie wymagają interpretacji. A więc rock chrześcijański? Przeciwnie – Lao Che nie odcina się od korzeni. Narrator tej opowieści nie ma w sobie wiele pokory i na pewno nie klęka przez Bogiem. Bez przerwy kłóci się z Nim, wręcz pyskuje i wykrzykuje swoje żale w pijackim widzie. Bywa w tym przekonujący, straszny, ale bywa też i groteskowy. Te dialogi pędzą w rytmie szalonej, skocznej, niemal cyrkowej muzyki. Pełno w niej zapożyczeń czytelnych dla publiczności osłuchanej z rockiem i punkiem. Trafimy na bluesa, reggae i ska, a nawet muzykę latynoską, ale wszystko to wzięte w cudzysłowie i poddane obróbce nadającej charakterystycznego klimatu, bez popadania w tani pastisz czy kicz. Sporo tu ostrych przełamań tempa, zwrotów akcji i wahań nastrojów – tego co znamy z „Powstania Warszawskiego”. Podobnie jak zadziorność i power, który nie jest wynikiem prostej sumy zebranych do kupy elementów; jest niespotykaną dziś w muzyce wartością dodaną, przemyconą między taktami i wierszami. Całość robi wrażenie, którego skali nie chcę mierzyć „Powstaniem Warszawskim”, bo z porównania z taką płytą mało kto może wyjść obroną ręką. Zespół Lao Che zmierzył się z oczekiwaniami ironią i dystansem, zachował własny styl, a przy okazji nagrał świetną, rockową płytę z dobrym pomysłem i mocnymi tekstami. Autor: Karol Kobo
|
|
| Zmieniony ( 05.03.2008. ) |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|








